Polskiego sadownika sposób na rosyjskie embargo

 Kategorie: Agropasja

Po wprowadzeniu rosyjskiego embarga w 2014 roku na polskie produkty, w tym jabłka, wieszczono koniec polskiego sadownictwa. Ten jednak nie nastąpił. To, co miało pogrążyć branżę, niespodziewanie ją wzmocniło. Producenci znad Wisły, po branżowym dołku, z impetem wyruszyli na podbój odległych i europejskich rynków zbytu. Dawno nie było sprzedaży na takim poziomie. Import polskich jabłek we Francji jest aż 12-krotnie większy niż przed rokiem. Sadownicy jednak nie ukrywają, że wypatrują możliwości powrotu na rosyjski rynek.

Najpierw były kwaśne miny, potem liczenie strat. Niewiele pomogła sadownikom mobilizacja polskich konsumentów. Propagowana moda na cydr i jedzenie jabłek „made in Poland”, nie były w stanie uratować sytuacji. Po chwilowym załamaniu – jak mówią sadownicy, przyszedł czas na zakasanie rękawów. Producenci jabłek dostosowali się do nowych realiów i zaczęli gorączkowo myśleć o nowych rynkach zbytu. Kontenery z Polski coraz częściej zaczęły wypływać w długie trasy, choćby do Azji.

Zanim jednak tak się, stało, sadownicy musieli stanąć oko w oko z nową sytuacją i odpowiedzieć sobie na pytanie: co dalej? W sadach nastąpiło chwilowe wstrzymanie oddechu.  Paweł Pączka, prezes grupy producentów owoców Galster z siedzibą w Wierzchucicach w województwie kujawsko-pomorskim, doskonale pamięta ten moment.

Pochodzę z rodziny sadowników. W 1947 roku mój ojciec Albin Pączka na 11-hektarowej działce założył sad. Do końca lat dziewięćdziesiątych wszystko szło świetnie. Potem, wraz z rozwojem sklepów wielkopowierzchniowych, przyszedł kryzys. Pozyskiwanie nowych kontraktów i utrzymanie dotychczasowych było wyzwaniem. Sieci zaczęły wymagać większych dostaw, a przecież możliwości gospodarstwa są ograniczone. Wtedy zapadła decyzja, by założyć grupę producentów. I właśnie ta decyzja – po latach, zaważyła na tym, że poradziliśmy sobie, gdy zostało wprowadzone embargo. Sytuacja nas zaskoczyła. Dostarczaliśmy wtedy jabłka na rynek krajowy, na południe Europy i na Wschód. Nastąpiło zacieśnienie rynku, wzrost konkurencji z polskimi sadownikami, ale także z europejskimi. W Skandynawii czy w krajach europejskich wzrosły wymagania jakościowe. Mocno zauważalna była tendencja spadku ceny. Odmiany jabłek cieszące się powodzeniem w Rosji, szczególnie Idared – a my – Polacy, byliśmy przecież największym producentem tej odmiany w  Europie, nie miały racji bytu gdzie indziej. W Polsce także zmieniło się zapotrzebowanie odmianowe. W tamtym momencie okazało się, że nasze dotychczasowe inwestycje – dobrej klasy chłodnie, nowoczesne maszyny i zreformowane sady, pozwoliły nam odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Choć rynek rosyjski nie był dla nas głównym odbiorcą,  nie będę mówił, że było wtedy łatwo. Udało nam się jednak przygotować odpowiednio towar i dostosować się do nowej sytuacji. Dzisiaj większość naszej produkcji sprzedajemy za granicę. Nasze jabłka trafiają do Europy Zachodniej, do krajów arabskich, cieszą się powodzeniem nawet w Indiach – opowiada z satysfakcją Paweł Pączka. Podkreśla jednak, że sytuacja na rynku jabłek nie jest wesoła.

Utrzymujemy się, bo mamy odpowiedni produkt. Postawiliśmy na odmianę Gala. Trzeba być jednak cały czas czujnym. Rynek jest bardzo wymagający. Nie wystarczy już tylko osiągać wyników zgodnych z normami unijnymi – wyjaśnia.

Rosyjskie embargo było niespodziewanym ciosem dla polskich producentów jabłek – co do tego żaden z nich nie ma wątpliwości. Na rynek rosyjski trafiało 80% eksportu. Sadownicy musieli więc opuścić strefę komfortu, a cała branża zmienić mentalność. Trzeba było dostosować się do nowych realiów, poznać kulturę i wymogi innych krajów. Polscy sadownicy nie tylko umocnili swoją pozycje na rynku europejskim, ale także wysyłają owoce w najodleglejsze zakątków świata. Jak wynika z raportu opublikowanego przez Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, po wprowadzeniu rosyjskiego embarga bilans handlowy Polski systematycznie poprawia się, ponieważ udało się znaleźć alternatywne rynki zbytu.

Po krachu Polacy coraz więcej eksportują nie tylko do europejskich państw, ale także do krajów azjatyckich. Skutecznie wykorzystali znaczny spadek produkcji w Państwie Środka. Polskie jabłka trafiają do Chin. Jest także szansa na zagospodarowanie rynków, na których zabraknie chińskich owoców.  To rynki całej Azji.  Polskie jabłka są w Wietnamie, w Indiach. Powodzeniem cieszą się w Egipcie. Zalewają także Francję. Francuscy sadownicy już teraz alarmują, że nie są w stanie konkurować z tymi owocami z Polski. Import polskich jabłek we Francji wyniósł 13,9 tys. ton i był aż dwunastokrotnie większy niż rok wcześniej.

Struktura eksportu polskich jabłek zmienia się. Białoruś, która w ostatnich latach importowała znaczne ilości polskich jabłek zmniejsza zakupy. W sezonie 2017/18 od lipca do lutego zaimportowali z Polski 104 tys. ton, a w sezonie 2018/19 tylko 82 tys. ton. Ciekawym kierunkiem staje się Egipt. Do końca lutego 2019 roku wyeksportowaliśmy tam 100 tys. ton. Z pewnością trzeba dywersyfikować rynki zbytu. A wejście na nowy  rynek wymaga inwestycji, nakładów finansowych. Konieczne są również duże partie owoców o wyrównanej jakości. Sytuacja producentów jabłek to nie idylla. Po 2014 roku nastąpił tak duży spadek cen, że branża jest w trudnej sytuacji. Sadownicy chcieliby powrócić na rosyjski rynek – wyjaśnia Mirosław Maliszewski, prezes Związku Sadowników RP

Tymczasem prezydent Rosji Władimir Putin przedłużył dekret w sprawie embarga na żywność wobec krajów, które przyjęły sankcje wobec Rosji. Embargo będzie obowiązywać do końca 2020 roku. Dokument z 24 czerwca wszedł w życie z dniem podpisania. 

To dla nas bardzo niedobra informacja. Eksportujemy do Europy Zachodniej, Południowej, do Egiptu. Te rynki nie zrekompensowały i nie są w stanie zrekompensować nam jednak utraconego rynku rosyjskiego. To już trzeci rok, gdy sady dotknęły przymrozki. Przy tych niskich cenach, wiele gospodarstw w tym roku wypadnie z gry. Jeśli ceny nie wzrosną, część gospodarstw nie przetrwa także kolejnego roku – dodaje Mirosław Maliszewski.

Sadownicy podkreślają, że gdyby doszło do porozumienia na linii Bruksela-Kreml, to zniesienie sankcji nie zakończyłoby wcale sprawy. Pozostaje jeszcze kwestia embargo fitosanitarnego.

Polscy producentom pozostaje podbijać nowe rynki zbytu, ale także zwiększyć produkcję i eksport koncentratu jabłkowego. Pomóc w ich sprzedaży ma powstanie Narodowego Holdingu Spożywczego.

Tymczasem rosyjscy sadownicy chcą zakazu importu jabłek przez 9 miesięcy w roku. Stowarzyszenie Szkółkarzy i Sadowników Kraju Stawropolskiego proponuje importować owoce do Rosji tylko w II kwartale i zwiększyć cła importowe. Związek „Sadownicy Kubania” proponuje obniżyć stawki VAT na owoce i jagody do 10% i ograniczyć import jabłek, wwożonych do Rosji na podstawie prognozy popytu i podaży. Rosjanie nie wykluczają, że nielegalną drogą trafiają do nich owoce z Polski czy Ukrainy.

autor: Maria Sikorska

źródło:

https://www.novayapolsha.pl/article/kto-teper-est-polskie-yabloki

Najnowsze wpisy

Zostaw komentarz

Napisz do nas!

Jeśli chcesz nam coś powiedzieć zostaw nam wiadomość. Odpiszemy!

Nieczytelne? Zmień tekst. captcha txt

Zacznij pisać i wciśnij ENTER by wyszukać